FELIETON: Żarówka a (s)prawa Unii
Poszedłem niedawno do sklepu po coś tam... i w trakcie zakupów przypomniało mi się, że potrzebuję jakiejś mocnej żarówki. Stanąłem przy ladzie i niepomny tego, że Unia Europejska, a my razem z nią, od dwóch już lat wycofujemy mocne żarówki, zapytałem o taką zwykłą stuwatową. Niemal w tej samej chwili – jeszcze bez żarówki – oświeciło mnie, że proszę sprzedawcę o coś niemożliwego do spełnienia. I powiedziałem: - Przepraszam, przecież nie ma już takich żarówek, tylko te energooszczędne... (więcej)
Jakież było moje zdziwienie. – Jak to nie ma, proszę bardzo – odparł sprzedawca i podał mi „setkę”, najzwyklejszą taką, jakiej już nie miało prawa być w żadnym sklepie w całej cywilizowanej Europie. Przecież chodzi o ocieplenie klimatyczne, o ratowanie wysp na Pacyfiku. Wszyscy doskonale wiemy, że te mocne żarówki mogą doprowadzić Ziemię do katastrofy, a takie Tuvalu na oceanie to w ogóle zniknie pod wodą, jak tylko od tej mojej stuwatowej żarówki rozgrzeje się atmosfera wokół naszej planety.
Byłem przerażony nie tylko tym, że ta żarówka jest w sprzedaży i droga do apokalipsy stoi otworem, ale przede wszystkim tym, że obaj – sprzedawca i ja – łamiemy unijne prawo i teraz nas obu ześlą tam, gdzie długo się jeszcze nie ociepli.
- Czy pan oszalał, przecież takich żarówek nie wolno sprzedawać?! – powiedziałem szeptem i rozejrzałem się, czy ktoś nas nie podsłuchuje.
- Wolno, wolno! – ze olimpijskim spokojem odparł sprzedawca. – To jest specjalna żarówka „wstrząsoodporna”. Takie żarówki można sprzedawać.
- A czym ona się różni od tej niedozwolonej? – zapytałem nieśmiało.
- Jak to czym, nazwą.
Kupiłem, ale na wszelki wypadek wkręciłem tę żarówkę w piwnicy, żeby nikt nie widział, jak lekceważąc przyszłość planety, biorę udział w obchodzeniu unijnego prawa.
Rudyment


























